Przejdź do treści

Audyt mojego jachtu

 

Mój kolega Bogdan był kapitanem z krwi i kości – brakowało tylko opaski, papugi i drewnianej nogi, by był on stereotypowym przykładem żeglarza. Dlatego bez chwili wahania zgodziłem się, gdy zaoferował mi inspekcję mojej łajby. W końcu jeżeli sam proponuje – to dlaczego miałbym się nie zgodzić?

Przegląd wyposażenia oczami wilka morskiego

wyposażenie jachtówOd samego wejścia na pokład nie minęły trzy sekundy, gdy usłyszałem „liny do wymiany”. Mi wydawały się w porządku, ale Bogdan wskazał palcem przetarte miejsca. Powiedział że nie wygląda to jakoś dramatycznie, jednak lepiej dmuchać na zimne niż skończyć bez żagla na środku jeziora. Potem przejrzał żagle – były w bardzo dobrym stanie, tak samo jak mocujące je do liny karabińczyki. Przy sprawdzeniu knag Bogdan skrzywił się i powiedział, bym wymienił je na normalne, tradycyjne knagi gdyż te „zębiaste” przysparzają tylko kłopotów. Zaproponował też pomoc przy wymianie połączoną z szybką nauką robienia węzłów. Sprawdziliśmy też kapoki, które były w porządnej kondycji i obijaki, do których również nie było zastrzeżeń. Reszta audytu przebiegła dość dobrze – Bogdan nie miał zbyt wielu zastrzeżeń. Ba, powiedział, że moja łódka jest w naprawdę dobrym stanie. Z jego ust była to ogromna pochwała – wyposażenie jachtów to w końcu dla niego codzienność, więc pewnie bez trudu wyłapałby najmniejszy problem. Po kilku dniach wymieniliśmy to, co trzeba było wymienić i wyprawiliśmy się w dziewiczy rejs moją starą, nową łodzią.

Cieszyłem się, że chociaż raz nie muszę sterować. Bogdan nalegał, by to on mógł zostać sternikiem – nie robiło mi to problemu, była to miła odmiana. Po tym audycie byłem spokojny o stan mojej łodzi i całego wyposażenia. Dlatego zamknąłem oczy i rozkoszowałem się rejsem oraz morskim powietrzem.